niedziela, 2 czerwca 2013

Kurs ITK SiB

Znowu czas, albo lenistwo nie pozwoliło mi od dłuższego czasu napisać coś na blogu. Niedawno wróciłem z Kursu Instruktora Turystyki Kwalifikowaniej specjalność Survival i Bushcraft.
Kurs trwał w dniach 30.05 - 02.06.2013.
Miejsce: Nadleśnictwo Celestynów. Miejsce obozu - prywatne, lecz ćwiczenia odbywały się również poza obozem.

Spakowany, czekam na godzinę wyjazdu. Ostatnie sprawdzanie szpeju i ciągłe sprawdzanie zegarka. Wkońcu wyjeżdżam. Droga się dłuży, a to zaledwie 80km od mojego miejsca zamieszkania. Ech... no dobra, wytrzymam. Wreszcie dojechałem na najbliższą wieś, która była w pobliżu miejsca obozu... Wypakowuję sprzęt z samochodu, pożegnanie z siostrą, bo mnie przywiozła.... OK czas ruszać dalej. Jestem na 3 godziny przed czasem spotkania się w umówionym miejscu. Więc czas na rekonesans terenu... Tak więc spacerkiem idę w przeciwnym kierunku od obozu... Spotykam miejscowych ludzi. Są przyjemni w rozmowie i większość nie zaskoczona jest widokiem "obcego". Czyżby częściej bywało tu takich dziwolągów jak ja?
Dobra czas ruszać dalej... schodzę z drogi, trzeba przejść coś na przełaj... Zaczynają się pierwsze kłopoty - komary... ech... Teren wilgotny, w między czasie trafiłem na mokradła z bagnami. Ostrożnie z kijem w dłoni idę na przód. Udało się... Oczywiście komarów coraz więcej. OK dosyć. włączam moduł V.A.T.S i rozwalam każdego po kolei... Pięknie by to wyglądało prawda? W rzeczywistości miałem pospolitego OFFa, pomogło na 20 minut... dobre i to. Trzeba wyjść  bagien, bo krwiopijcy nie dają za wygraną... do spotkania około dwie godziny. Batonik na drogę i ruszam dalej. Doszedłem do jakiejś wsi, nie wiem jaka to nazwa... brak znaków drogowych, nazw ulic itp. Droga piaszczysta. Miejsce gdzie Diabeł mówi dobranoc... Brak żywej duszy. Nie zatrzymywałem się poszedłem dalej. Postanowiłem się już kierować w bliższe okolice obozu. Komary nadal występują, ale w mniejszych ilościach. Słoneczko świeci i przyjemnie się maszeruje.
Dotarłem na miejsce na godzinę przed... Nikogo nie ma. Czyżby tylko ja byłem taki napalony, że tak wcześnie dotarłem? A może coś sknociłem i jestem w miejscu nie tym co trzeba? Ale według mapy się zgadza. Co jest? OK poczekam,  w końcu to jeszcze godzina. Plecak z pleców, woda do pyska i leżakowanie na łące. Po kilkunastu minutach pojawia się samochód. Wychodzi z niego dwóch dżentelmenów w moro. Krótka obserwacja, pozycja przyczajonego tygrysa w trawie. Jest bezpiecznie... pora podejść i się przywitać. Po krótkiej konwersacji, miałem przyjemność jako pierwszy poznać instruktorów kursu. Pozostaje nam czekać na resztę uczestników, którzy zjawili się w ciągu godziny.
Po małej integracji zapoznawczej, przyszło pierwsze zadanie. Rekonesans najbliższego terenu, znalezienie wody, opału, oraz miejsca na rozbicie obozu... "czas start - dwie godziny"... Wróciliśmy po około 45 minutach... :D Tak jesteśmy jak komandosi, którzy wiedzą wszystko... Jednak jak szybko wróciliśmy, tak szybciej nas uświadomiono o kilku błędach, które popełniliśmy. No cóż nikt nie jest idealny...
Ok. nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, z drobną pomocą ustaliliśmy nowe miejsce naszego obozowania. Pora rozkładać pierwsze plandeki... W między czasie prowadzona jest metodyka instruktorska, czyli jak zrobić coś szybciej, lepiej i tak, aby każdy był zaangażowany w prace obozowe - krótko: podział ról.... Przez cały okres kursu wymuszano na nas "zainteresowanie publiki". Czyli zamiana ról instruktor jest tzw:  mieszczuchem, któremu odcięli internet od pięciu lat i wybrał się do lasu, a my musimy go zainteresować i zmotywować do pracy. Przypominam, że to nie był kurs survivalu, tylko kurs na instruktora... Więc umiejętność PRZEKAZYWANIA WIEDZY była na pierwszym miejscu. Umiejętności praktyczne, każdy ma różne i to zależy od treningów, które możemy wykonywać z biegiem czasu i stawać się lepsi.
Opisałem mniej więcej swój pierwszy dzień. Nie będę się rozpisywał z kolejnymi dniami, tylko podam zwięźle co było. Oczywiście każdy przed kursem miał powierzone pewne zadania, które należało przećwiczyć we własnym zakresie i potem je przedstawić na kursie. Każde zadanie, które omawialiśmy było zakańczane praktyką... My się dowiadywaliśmy czegoś nowego, a i instruktorzy od nas pewnie też kilka ciekawostek się dowiedzieli. Tak mijały nam te cztery dni na wspólnym obozowaniu.
Budowa szałasu, pozyskiwanie i uzdatnianie wody, niecenie ognia, nawigacja w terenie z, lub bez kompasów, map, itp. kuchnia w bushcraftowo-survivalowa, toksynologia, budowa sauny, pierwsza pomoc... To tylko niektóre rzeczy, które przerabialiśmy. Było ich więcej.

Drugiego dnia zdarzył mi się wypadek. Przez moją nieuwagę, rozciąłem sobie kciuk nożem. Rana była na tyle głęboka, że zastanawialiśmy się czy nie będą potrzebne szwy. Tak więc nie obyło się bez diagnozy lekarza i szpitala. Jednak szwy nie były potrzebne... Zmieniono mi opatrunek, dostałem zastrzyk przeciw tężcowi i wróciłem dalej na pole bitwy. Przy tej okazji, omawialiśmy zasady bezpieczeństwa posługiwania się nożami, oraz co należy robić wrazie takich wypadków jakiego ja doświadczyłem. Nieświadomie stałem się modelem całego przedstawienia. i teorię pokazałem w praktyce. Nie martwcie się, kciuk ma się dobrze i do wesela się zagoi. A dzięki Magdzie - naszej obozowej Samarytance, wiedziałem że jestem pod dobrą opieką. Dzięki Magda, masz piwo, tylko napisz mi kiedy i gdzie :)

Ogólne wrażenia
Czego się spodziewałem? Więcej osób na kursie. Było nas troje plus dwójka instruktorów. Ponoć ktoś zrezygnował. Spodziewałem się również instruktorów typu "ja tu jestem najważniejszy, a wy jesteście nikim". Jednak już po kilku chwilach rozmowy uświadomiłem sobie, że są to naprawdę w porządku ludzie. Nie było żadnej spiny, żadnego wymądrzania się, czułem się naprawdę jak wśród swoich. Atmosfera była naprawdę luźna.
Cztery dni minęły mi bardzo szybko. Zdążyliśmy już w miarę dobrze się zapoznać, a tu trzeba zwijać manatki i każdy jedzie w swoją stronę... Moment gaszenia ognia ostatniego dnia, odbywał się w zadumie i ciszy... Zrobiło się naprawdę smutno. Wracając do domu jeszcze nie dowierzałem, że to koniec. I mimo, że to był ostatni dzień i nie miałem już siły na nic, to po powrocie do domu, dostałem jakiegoś dziwnego "powera", że mógłbym jeszcze cztery kolejne dni spędzić tam wśród tych ludzi. Jednak mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy na szlaku niebawem. Nie piszę więcej bo to może będzie niespodzianka :) A teraz kilka fotek, które były robione chaotycznie, gdyż tak naprawdę nie było czasu na to. Jak zdarzyła się okazja to poprostu wtedy robiliśmy zdjęcia.

 Nasze mieszkanka :)






Jak padało to wykłady odbywały się pod tą plandeką


Co to za biwak bez ogniska?...



... oraz bez polowej kuchni. (mój kciuk, wyglądał tak jak na fotkach) miałem wstawić zdjęcie rany, ale oszczędzę wam tej przyjemności :)





Alternatywne sposoby gotowania wody, w kotle, w butelce plastikowej, w korze brzozowej



Jedzenia było do wyboru do koloru i wszystkim smakowało

A jak się zgłodniało w terenie to i na to były sposoby :)

Budowa szałasu oraz pierwsze przymiarki...





oraz efekt końcowy.





Gdy nie masz naczyń do gotowania to ugotuj wodę na papierze. Sprawdzone i działa :)




Kiedy był czas wolny, to się gawędziło, spało, jadło, lub wykonywało się różne triki wchodzenia do namiotu :)





Mój wykład o pozyskiwaniu i uzdatnianiu wody





Budowa sauny, Budowaliśmy ją trzeciego dnia. Nie skorzystałem z niej, bo już nie miałem siły na nic. tego wieczora umyłem tylko zęby i poszedłem spać. Działanie sauny jednak widziałem. Bardzo przydatna rzecz.




Warsztaty i techniki linowe, wspinaczka, węzły itp..










Wykład o nożach, siekierach, maczetach.. o wszystkim co jest ostre oprócz pieprzu i chili. Wykład prowadzą dwóch najbardziej pozytywnych facetów instruktorów. Dzięki Panowie za cierpliwość do nas :)



kilka klatek innych warsztatów




A teraz to co nas otaczało... Czyli cuda natury







Najlepsze zostawiłem na koniec :) czyli dwa małe koziołki :)




Podziękowania dla:


 Sergiusza i Maćka - dwóch takich co pokazało mi nie tylko istotę buschcraftu i survivalu, ale także nauczyło mnie przekazywać wiedzę dalej.
















Dla Magdy, za troskliwą opiekę nade mną kiedy to miałem rany cięte :)

Dla Krzyśka, który to miał sklep słodkości w swoim plecaku, oraz za pomoc w pracach zespołowych i nie tylko :)

Dziękuję wam wszystkim. Do zobaczenia na szlaku :)
pokaz slajdów na YT