piątek, 28 czerwca 2013

Linki, liny i lineczki

Drugą rzeczą jaka potrzebna nam będzie przy łowieniu ryb to żyłka. Na łowiskach uczęszczanych przez ludzi można znaleźć kłębki porwanych żyłek. Jest to jedyny plus, że mamy problem z głowy z kombinowaniem czegoś zastępczego. A co jeśli trafimy na miejsce gdzie ani widu, ani słychu człowieka? Trzeba wtedy zaimprowizować. Robienie linek przyda nam się nie tylko podczas połowu. Linka ma wiele zastosowań i umiejętność jej plecenia powinna być przyswojona przez każdego.

Kiedyś do robienia żyłki używano końskiego włosia. Ja niestety nigdzie w pobliżu nie zdobyłem go. Chodziłem w okolicach stadnin i przy ogrodzeniach gdzie pasą się konie... niestety, żaden z nich nie zostawił ani włoska na ogrodzeniu:(

Z czego robimy linkę? Materiałów jest wiele. Mianowicie rośliny włókniste, czyli rośliny włóknodajne. Należą do nich: len, konopie siewne, pokrzywa, babka, i wiele wiele innych. Należy z nich wydobyć te włókna (nakręcę o tym film niebawem)

Wydobyte włókna z konopi i wysuszone

im dłuższe włókna wydobędziemy tym lepiej. Wyglądają one jak włosy :)

Przystępujemy do robienia naszej linki na ryby. Linka ta musi jak najcieńsza, ale w miarę mocna. Bierzemy kilka włókien do ręki i prostujemy je.

tak wyglądają włókna w powiększeniu. Są cieńsze niż 1mm

Po wyprostowaniu w ręku, zaczynamy je skręcać. Jedną ręką trzymamy, a drugą skręcamy.

Skręcamy w miarę mocno. Warto przed takim procesem poślinić palce, wtedy praca staje się wygodniejsza. Gdy zbliżamy się do końca skręcanej linki, to odmierzamy kolejną część włókien i nakładamy na końcówkę i dalej skręcamy. Staramy się odmierzać tę samą ilość, linka wtedy będzie miała jednakową grubość i w miarę jednakową wytrzymałość.


I tak sobie kręcimy kilka metrów. Praca jest żmudna i monotonna. Ale przy ognisku i gawędzie, nikt na to nie zwraca uwagi. I tak oto uzyskujemy kilka metrów pierwszej plecionki.
Ja zrobiłem około 3m dla celów pokazowych. grubość 1-1,5mm

To jeszcze nie koniec... pamiętacie jak pisałem, że pleciemy kilka metrów? nie miałem na myśli trzech lub czterech.. tylko minimum dziesięć. Teraz musimy naszą plecionkę złożyć na pół i powtarzamy czynność skręcania. Czyli z dziesięciu metrów otrzymamy około pięć metrów gotowej linki.


I znowu kręcimy w miarę mocno. Na końcu możemy zawiązać mały węzełek aby linka nam się nie rozplątywała.
Wyszło mi 1,5m gotowej linki o grubości 2-2,5mm


Możemy też opcjonalnie przeciągnąć linkę przez wosk pszczeli. Jeżeli nie posiadamy wosku to możemy przez normalną świeczkę. Pozwala to zakonserwować linkę, oraz zrobić ją bardziej wygodną do innych prac. Linka jest gładka.


A teraz mały teścik ile wytrzyma moja linka :)



czwartek, 27 czerwca 2013

Haczyk na ryby - zrób go sam

Cześć.
Połów ryb może okazać się najłatwiejszym sposobem na pozyskanie mięsa w terenie. O ile wiemy jak do tego się zabrać.

Dziś zaczynam dział wędkarstwa :D Część pierwsza - HACZYK

-Panie, na co pan łapiesz?? Na co dziś ryby biorą?
-Na haczyk :D

Tak więc haczyk to podstawowa część naszego sprzętu wędkarskiego. Można go wykonać w terenie w bardzo prosty sposób. Taki haczyk należy dobrać do wielkości ryb jakich spodziewamy się na danym łowisku.
Dziś pokażę jak wykonać haczyk z kolców róży (W innych postach będę robił haczyki z innych materiałów).

Potrzebne nam będą:

Kolce róży

lniane, konopne lub inne włókna. Można użyć również cienkiej nici z ubrania

klej z żywicy (żywica + zmielony węgiel drzewny), źródło ognia

Cienki wytrzymały, sztywny patyk: w tym przypadku gałązka z modrzewia

Do tego potrzebny będzie nóż.

Zaczynamy od obrobienia grotu haczyka. Czyli odcinamy od nasady kolca róży niepotrzebny materiał. Jeżeli mamy dość duży kolec możemy pokusić się o zadzior na kolcu. Ja niestety większych kolców nie znalazłem.
Kolce po obróbce powinny wyglądać mniej więcej tak:

U góry kolec przed obróbką

z innej perspektywy:

Gdy już mamy gotowe groty pora zabrać się za zestruganie naszej gałązki z modrzewia. Oddzieramy korę i robimy z niej cieniutki koniec:


Teraz odpalamy naszą świeczkę (możemy również robić to nad ogniskiem) i rozgrzewamy nasz klej żywiczny:

Gdy nasz klej będzie już w stanie płynnym, mocujemy za jego pomocą nasz grot do gałązki:

Nadmiar żywicy możemy lekko zeskrobać nożem, bądź opalić nad płomieniem świeczki. Następnie bierzemy kilka cieniutkich włókien i robimy owijkę wokół grotu:



Na całość również nanosimy nasz klej. Nadmiar opalamy delikatnie nad płomieniem.

Pora zająć się naszym trzpieniem haczyka. Ucinamy naszą gałązkę na odpowiedni wymiar (w zależności od wielkości haczyka) i strugamy w taki sposób aby koniec trzpienia był nieco szerszy niż pozostała część. Ma to na celu późniejsze trzymanie się na lince. Dzięki temu haczyk nie zsunie się nam.

Wyrównujemy wszystko. Mamy już gotowy haczyk.

W następnej części robimy linkę :)
Zapraszam

piątek, 21 czerwca 2013

Beskid Śląski 14.06-16.06.2013





Poprzedni weekend spędziłem w Beskidach, a konkretnie w Beskidzie Śląskim. 
Beskid Śląski jest pasmem należącym do Beskidów Zachodnich, które z kolei są mezoregionem Karpat Zachodnich. Główne szczyty to Skrzyczne (1257m n.p.m.), Barania Góra (1220m. n.p.m.), oraz Czeska Czantoria (997m. n.p.m.).

Plan był taki, żeby zdobyć wszystkie szczyty. Jednak w praktyce różnie to bywa, plany się zmieniają z niewiadomych, lub wiadomych przyczyn... Jakie były to przyczyny, tego wam nie powiem :) 

Po długiej podróży wylądowaliśmy w Katowicach, gdzie zostawiliśmy samochodzik, a dalej pociągiem do Węgierskiej Górki. Podróż pociągiem okazała się bardziej męcząca niż zdobycie Baraniej Góry :D - Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Pod poniższym linkiem możecie sobie obejrzeć relację z wypadu.
Oraz tutaj relacja widziana z innej perspektywy :)
http://www.youtube.com/watch?v=aCMSZ94blK8
Co do mojego hamaku to sprawdził się bez żadnych problemów. Jedyny minus to trochę za dużo miejsca zajmuje. A jak składa się go "na szybko" to zajmuje jeszcze więcej :)


wtorek, 11 czerwca 2013

Hamak - zrób go sam

Wiosna 2013 jak dotąd ciężką porą roku jest. Wciąż pada deszcz, gleba jest mokra i nie idzie na niej spać. Owszem można zastosować karimatę, ale czy warto ją brudzić? Właśnie doszedłem do wniosku, że nie posiadam hamaku, do zastosowań w terenie. Więc postanowiłem go sobie sam zrobić.
Potrzebne materiały na hamak 200cm x 70cm +  długość lin do mocowania go do drzewa:




około 60m linki o grubości 4mm.
Linki widoczne na zdjęciu kupione zostały w sklepie budowlanym (NIE W MARKECIE). Za okazyjną cenę 25gr/m gdyż były to końcówki i sprzedawca zniżył cenę. W markecie ta sama linka tego samego producenta 65gr/m. Ja mam 30m zielonej i 30m żółtej. wytrzymałość około 80kg







12m Liny 10mm. wytrzymałość około 100kg. Koszt 80gr/m








Do tego dochodzi nóż, zapalniczka.

Zaczynamy od grubej liny, którą dzielimy na pół i przecinamy. Uzyskujemy dwa kawałki po 6m. Teraz należałoby naszą linę powiesić między dwoma drzewami, słupkami, tak aby z obydwu stron był taki sam zapas liny. Ja swój hamak robiłem w domu, gdyż deszcz krzyżował wszystkie plany. Jako zaczepów użyłem rury od grzejnika i filara stojącego na środku pokoju.




Powtórzę się znowu. Zwróć uwagę na zapas liny, aby był taki sam.

Gdy już zawiesimy naszą linę, pora zająć się linką cieńszą. Odmierzamy 2,5m linki i ucinamy. Powtarzamy czynność 20 razy. Końcówki linek przypalamy zapalniczką. Ma to na celu uniemożliwienie strzępienia się końcówek linki. Gdy otrzymamy już 21 linek o długości 2,5m możemy zacząć je mocować na naszej powieszonej grubej linie. Składamy cienką linkę na pół i mocujemy ją na linie za pomocą tzw. węzła: PRUSIK
Nie zaciskamy narazie węzłów, umieszczamy wszystkie 21 linek na linie. Po czym ustawiamy je co około 10cm tak aby z jednej i z drugiej strony pozostał ten sam zapas grubej liny. Sprawdzamy też, czy nasze cienkie linki są przy zaciskaniu węzła równe ( czy po zaciśnieciu będą 2 równe końce linki). Jeżeli wszystko się zgadza - zaciskamy węzły.

całość mniej więcej będzie wyglądać tak:

Gdy już zawiesimy linki pora brać się za żmudny etap plecenia sieci hamaku. Ja starałem się aby oczka miały średnicę około 10cm. Oczywiście można zrobić mniejsze oczka, wtedy trzeba będzie zmniejszyć rozstaw linek oraz zrobić więcej przęseł niż 21. Hamak wygląda wtedy bardziej estetyczniej. Niemniej jednak na estetyce mi nie zależało, tylko na prawidłowym funkcjonowaniu hamaku.
Jak wiązać przęsła? Ja wiązałem na babski węzeł


na linkę żółtą z zieloną. W sumie dobrze, że 2 kolory miałem, wtedy mniejsza szansa na pomyłkę w wiązaniach. W przęśle mamy dwie linki, jedna łączy się z poprzednim a druga z następnym.

Całość wygląda tak:


gdy już widzimy, że zostaje nam miejsce na jedno wiązanie, wtedy pora na mocowanie drugiej grubej liny.
Linę drugą również mocowałem na babskie węzły, końcówki jeszcze przypalałem i zalepiałem.

Efekt końcowy:


Hamak ma 200cm x 70cm + 2m z każdej strony po dwie liny. Waga mniej niż 0,5kg, po złożeniu rozmiar 25x15x10cm

Niebawem sprawdzenie hamaku w terenie i krótka recenzja :)


wtorek, 4 czerwca 2013

Koszulki VAGABUNDOG

Siemanko Ludzie...
Jeżeli jeszcze nie znacie stronki VAGABUNDOG.PL to polecam tam zajrzeć. Ogólnie sprawa ma się następująco. Jest nas kilkoro ludzi, którzy mają wspólne pasje i wspólny założony cel. Jednym z tych celów jest obejście naszego globu na pieszo. Wiadomo, że do takiej akcji potrzebne są również nie małe fundusze. Dlatego wyszliśmy z inicjatywą zrobienia koszulek z logiem Vagabundog. Kupując tę koszulkę wspierasz naszą wyprawę. Śledź stronę vagabundog.pl a dowiesz się więcej.
Strona do sklepu z koszulkami: http://vagabundog.cupsell.pl/


niedziela, 2 czerwca 2013

Kurs ITK SiB

Znowu czas, albo lenistwo nie pozwoliło mi od dłuższego czasu napisać coś na blogu. Niedawno wróciłem z Kursu Instruktora Turystyki Kwalifikowaniej specjalność Survival i Bushcraft.
Kurs trwał w dniach 30.05 - 02.06.2013.
Miejsce: Nadleśnictwo Celestynów. Miejsce obozu - prywatne, lecz ćwiczenia odbywały się również poza obozem.

Spakowany, czekam na godzinę wyjazdu. Ostatnie sprawdzanie szpeju i ciągłe sprawdzanie zegarka. Wkońcu wyjeżdżam. Droga się dłuży, a to zaledwie 80km od mojego miejsca zamieszkania. Ech... no dobra, wytrzymam. Wreszcie dojechałem na najbliższą wieś, która była w pobliżu miejsca obozu... Wypakowuję sprzęt z samochodu, pożegnanie z siostrą, bo mnie przywiozła.... OK czas ruszać dalej. Jestem na 3 godziny przed czasem spotkania się w umówionym miejscu. Więc czas na rekonesans terenu... Tak więc spacerkiem idę w przeciwnym kierunku od obozu... Spotykam miejscowych ludzi. Są przyjemni w rozmowie i większość nie zaskoczona jest widokiem "obcego". Czyżby częściej bywało tu takich dziwolągów jak ja?
Dobra czas ruszać dalej... schodzę z drogi, trzeba przejść coś na przełaj... Zaczynają się pierwsze kłopoty - komary... ech... Teren wilgotny, w między czasie trafiłem na mokradła z bagnami. Ostrożnie z kijem w dłoni idę na przód. Udało się... Oczywiście komarów coraz więcej. OK dosyć. włączam moduł V.A.T.S i rozwalam każdego po kolei... Pięknie by to wyglądało prawda? W rzeczywistości miałem pospolitego OFFa, pomogło na 20 minut... dobre i to. Trzeba wyjść  bagien, bo krwiopijcy nie dają za wygraną... do spotkania około dwie godziny. Batonik na drogę i ruszam dalej. Doszedłem do jakiejś wsi, nie wiem jaka to nazwa... brak znaków drogowych, nazw ulic itp. Droga piaszczysta. Miejsce gdzie Diabeł mówi dobranoc... Brak żywej duszy. Nie zatrzymywałem się poszedłem dalej. Postanowiłem się już kierować w bliższe okolice obozu. Komary nadal występują, ale w mniejszych ilościach. Słoneczko świeci i przyjemnie się maszeruje.
Dotarłem na miejsce na godzinę przed... Nikogo nie ma. Czyżby tylko ja byłem taki napalony, że tak wcześnie dotarłem? A może coś sknociłem i jestem w miejscu nie tym co trzeba? Ale według mapy się zgadza. Co jest? OK poczekam,  w końcu to jeszcze godzina. Plecak z pleców, woda do pyska i leżakowanie na łące. Po kilkunastu minutach pojawia się samochód. Wychodzi z niego dwóch dżentelmenów w moro. Krótka obserwacja, pozycja przyczajonego tygrysa w trawie. Jest bezpiecznie... pora podejść i się przywitać. Po krótkiej konwersacji, miałem przyjemność jako pierwszy poznać instruktorów kursu. Pozostaje nam czekać na resztę uczestników, którzy zjawili się w ciągu godziny.
Po małej integracji zapoznawczej, przyszło pierwsze zadanie. Rekonesans najbliższego terenu, znalezienie wody, opału, oraz miejsca na rozbicie obozu... "czas start - dwie godziny"... Wróciliśmy po około 45 minutach... :D Tak jesteśmy jak komandosi, którzy wiedzą wszystko... Jednak jak szybko wróciliśmy, tak szybciej nas uświadomiono o kilku błędach, które popełniliśmy. No cóż nikt nie jest idealny...
Ok. nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, z drobną pomocą ustaliliśmy nowe miejsce naszego obozowania. Pora rozkładać pierwsze plandeki... W między czasie prowadzona jest metodyka instruktorska, czyli jak zrobić coś szybciej, lepiej i tak, aby każdy był zaangażowany w prace obozowe - krótko: podział ról.... Przez cały okres kursu wymuszano na nas "zainteresowanie publiki". Czyli zamiana ról instruktor jest tzw:  mieszczuchem, któremu odcięli internet od pięciu lat i wybrał się do lasu, a my musimy go zainteresować i zmotywować do pracy. Przypominam, że to nie był kurs survivalu, tylko kurs na instruktora... Więc umiejętność PRZEKAZYWANIA WIEDZY była na pierwszym miejscu. Umiejętności praktyczne, każdy ma różne i to zależy od treningów, które możemy wykonywać z biegiem czasu i stawać się lepsi.
Opisałem mniej więcej swój pierwszy dzień. Nie będę się rozpisywał z kolejnymi dniami, tylko podam zwięźle co było. Oczywiście każdy przed kursem miał powierzone pewne zadania, które należało przećwiczyć we własnym zakresie i potem je przedstawić na kursie. Każde zadanie, które omawialiśmy było zakańczane praktyką... My się dowiadywaliśmy czegoś nowego, a i instruktorzy od nas pewnie też kilka ciekawostek się dowiedzieli. Tak mijały nam te cztery dni na wspólnym obozowaniu.
Budowa szałasu, pozyskiwanie i uzdatnianie wody, niecenie ognia, nawigacja w terenie z, lub bez kompasów, map, itp. kuchnia w bushcraftowo-survivalowa, toksynologia, budowa sauny, pierwsza pomoc... To tylko niektóre rzeczy, które przerabialiśmy. Było ich więcej.

Drugiego dnia zdarzył mi się wypadek. Przez moją nieuwagę, rozciąłem sobie kciuk nożem. Rana była na tyle głęboka, że zastanawialiśmy się czy nie będą potrzebne szwy. Tak więc nie obyło się bez diagnozy lekarza i szpitala. Jednak szwy nie były potrzebne... Zmieniono mi opatrunek, dostałem zastrzyk przeciw tężcowi i wróciłem dalej na pole bitwy. Przy tej okazji, omawialiśmy zasady bezpieczeństwa posługiwania się nożami, oraz co należy robić wrazie takich wypadków jakiego ja doświadczyłem. Nieświadomie stałem się modelem całego przedstawienia. i teorię pokazałem w praktyce. Nie martwcie się, kciuk ma się dobrze i do wesela się zagoi. A dzięki Magdzie - naszej obozowej Samarytance, wiedziałem że jestem pod dobrą opieką. Dzięki Magda, masz piwo, tylko napisz mi kiedy i gdzie :)

Ogólne wrażenia
Czego się spodziewałem? Więcej osób na kursie. Było nas troje plus dwójka instruktorów. Ponoć ktoś zrezygnował. Spodziewałem się również instruktorów typu "ja tu jestem najważniejszy, a wy jesteście nikim". Jednak już po kilku chwilach rozmowy uświadomiłem sobie, że są to naprawdę w porządku ludzie. Nie było żadnej spiny, żadnego wymądrzania się, czułem się naprawdę jak wśród swoich. Atmosfera była naprawdę luźna.
Cztery dni minęły mi bardzo szybko. Zdążyliśmy już w miarę dobrze się zapoznać, a tu trzeba zwijać manatki i każdy jedzie w swoją stronę... Moment gaszenia ognia ostatniego dnia, odbywał się w zadumie i ciszy... Zrobiło się naprawdę smutno. Wracając do domu jeszcze nie dowierzałem, że to koniec. I mimo, że to był ostatni dzień i nie miałem już siły na nic, to po powrocie do domu, dostałem jakiegoś dziwnego "powera", że mógłbym jeszcze cztery kolejne dni spędzić tam wśród tych ludzi. Jednak mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy na szlaku niebawem. Nie piszę więcej bo to może będzie niespodzianka :) A teraz kilka fotek, które były robione chaotycznie, gdyż tak naprawdę nie było czasu na to. Jak zdarzyła się okazja to poprostu wtedy robiliśmy zdjęcia.

 Nasze mieszkanka :)






Jak padało to wykłady odbywały się pod tą plandeką


Co to za biwak bez ogniska?...



... oraz bez polowej kuchni. (mój kciuk, wyglądał tak jak na fotkach) miałem wstawić zdjęcie rany, ale oszczędzę wam tej przyjemności :)





Alternatywne sposoby gotowania wody, w kotle, w butelce plastikowej, w korze brzozowej



Jedzenia było do wyboru do koloru i wszystkim smakowało

A jak się zgłodniało w terenie to i na to były sposoby :)

Budowa szałasu oraz pierwsze przymiarki...





oraz efekt końcowy.





Gdy nie masz naczyń do gotowania to ugotuj wodę na papierze. Sprawdzone i działa :)




Kiedy był czas wolny, to się gawędziło, spało, jadło, lub wykonywało się różne triki wchodzenia do namiotu :)





Mój wykład o pozyskiwaniu i uzdatnianiu wody





Budowa sauny, Budowaliśmy ją trzeciego dnia. Nie skorzystałem z niej, bo już nie miałem siły na nic. tego wieczora umyłem tylko zęby i poszedłem spać. Działanie sauny jednak widziałem. Bardzo przydatna rzecz.




Warsztaty i techniki linowe, wspinaczka, węzły itp..










Wykład o nożach, siekierach, maczetach.. o wszystkim co jest ostre oprócz pieprzu i chili. Wykład prowadzą dwóch najbardziej pozytywnych facetów instruktorów. Dzięki Panowie za cierpliwość do nas :)



kilka klatek innych warsztatów




A teraz to co nas otaczało... Czyli cuda natury







Najlepsze zostawiłem na koniec :) czyli dwa małe koziołki :)




Podziękowania dla:


 Sergiusza i Maćka - dwóch takich co pokazało mi nie tylko istotę buschcraftu i survivalu, ale także nauczyło mnie przekazywać wiedzę dalej.
















Dla Magdy, za troskliwą opiekę nade mną kiedy to miałem rany cięte :)

Dla Krzyśka, który to miał sklep słodkości w swoim plecaku, oraz za pomoc w pracach zespołowych i nie tylko :)

Dziękuję wam wszystkim. Do zobaczenia na szlaku :)
pokaz slajdów na YT